6 października 2016

Oczekiwania vs rzeczywistość - poród pierworódki


(TO BĘDZIE DŁUGI POST, JEŚLI GO PRZECZYTASZ TO JESTEŚ SUPER!)
Pamiętaj! Nie ważne w jaki sposób urodzisz swoje maleństwo! Już teraz należą Ci się ukłony po same kostki, bo donosiłaś ciążę do końca. Teraz tylko musisz poczekać parę chwil i już uściskasz swojego potomka. Także czapki z głów, jestem z Ciebie bardzo dumna! I wiedz, że to nie sam poród uczyni z Ciebie super matkę, tylko to w jaki sposób wychowasz swoje dziecko! Więc nie słuchaj społeczeństwa, które - no własnie, o tym dowiesz się na końcu.

Poród pierworódki. Oczekiwania.

Każda z nas marzy o tym by poród był krótki i bezbolesny. W wyobraźni widzimy jak nasz człowiek opuszcza swoją kwaterę. Lekarze są idealni, nieomylni. Wybierasz sobie szpital, położną, chodzisz do szkoły rodzenia. Sam szpital jest rewelacyjnie wyposażony, posiłki w nim są takie jak u mamy. Cały czas tylko o tym mówisz. Głosiku z tyłu głowy, który wyrywa się z krzykiem i wrzeszczy, że będzie boleć wcale nie słuchasz, bo po co się stresować? No i tego się trzymaj. Nie stresuj się, dasz sobie radę.
"Mój poród będzie super sprawą. Nie boje się bólu, to będzie tylko formalność. Lubię adrenalinę, czuć ten dreszczyk emocji. *klik, klik na strony internetowe: BÓL PORODOWY JEST NIEWYOBRAŻALNY! MOGŁAM PROSIĆ O CESARKĘ! NIGDY WIĘCEJ SN!* Wiesz co, chyba jednak wybiorę cesarskie cięcie, bo jednak się boje." - tak w wielkim skrócie myślałam i mówiłam Marcinowi. Bo wiesz! Wytrzymasz miesiąc z nudnościami, brakiem apetytu, sennością. Wytrzymasz te wszystkie kopniaki dziecka w Twoje wewnętrzne narządy. Wytrzymasz te wszystkie swoje cholerne humorki. Ale zawsze zastanawiasz się czy wytrzymasz poród? Jasne, że wytrzymasz. W końcu jesteś kobieta, jesteś do tego stworzona. Nie słuchaj innych, nie czytaj treści w internetach, bo na ogół matki koloryzują - sama się o tym przekonałam i często to widzę. Zresztą możesz sobie pomyśleć, że ja również to robię, ale nie - u mnie liczy się szczerość, bo po co mi blog usłany różami i późniejsze teksty, że wcale nie było tak kolorowo? Marcin może poświadczyć, to co tutaj przeczytasz.

Poród pierworódki. (Moja) Rzeczywistość.

"Gabinet lekarski. 
- Jak się Pani czuje? 

- No wie Pan, wszystko mnie od półtora tygodnia swędzi, całe ciało, najbardziej ręce i nogi, ale wszystko jest ok. 
- Ma pani prawdopodobnie cholestazę, jeśli Panią tak wszystko swędzi. Jutro stawi się pani do szpitala. Zrobimy potrzebne badania. Jak się okaże, że moje przypuszczenia są słuszne będzie cięcie. *I lekarz tłumaczy czym jest ta cholestaza. Wyłączyłam się. Boże, Wercia niebawem się zobaczymy, ale bądź zdrowa, bądź zdrowa!* Niech się Pani nie martwi, wszystko będzie dobrze." I wyszłam blada, jeszcze bardziej jak w rzeczywistości, z gabinetu. Czułam żółć podchodzącą mi do gardła. Łzy cisnęły się na oczy. Niedobrze.
- Marcin, jutro zawozisz mnie do Prudnika. Mam iść do szpitala. Chyba mam cholestazę.
- Co to jest? Z Małą wszystko w porządku?
- Chyba tak. Będzie cesarka. Kurde nie wiem. Cesarka jest wtedy, gdy jest problem. Boże, z Małą możne być coś źle! - bańka odwagi pękła, histeryczny płacz i tylko jedno w głowie: rozmowa z mama przez telefon z przytulonym ciałem do ramienia faceta." I jakoś wcale dobrze nie zrobiła mi ta rozmowa...

Tak to właśnie było. W połowie ciąży stwierdziłam, że dam rade urodzić SN, bo nie ja pierwsza, nie ostatnia. Wyzbyłam się myśli o cesarce, bo przecież z Wercią jest wszystko ok, a ja ją wypchnę niczym U-BOOT pocisk wodny. W szpitalu okazało się, że mam tą nieszczęsną cholestazę. Po krótce jest to związane z niewydolnością wątroby matki, przez co skutkiem możne być obumarcie płodu. Wtedy to chyba na mojej głowie pojawiły się jeszcze większe odrosty niż miałam. Ale nie martw się na zapas. Jeśli tylko będziesz mówić o wszystkim swojemu prowadzącemu, to lajcik. Także nie lekceważ swędzenia, czy to będziesz na początkach ciąży, w środku czy na końcu!
Wracając do szpitala. W szpitalu musiałam wyrazić zgodę na cesarkę. Pani ordynator wszystko mi wytłumaczyła. Moja cesarka miała być w razie wu, gdyby nie dało się wywołać porodu lub gdyby Małej zaczęło się coś poważniejszego dziać. Bo to w końcu ciąża zagrożona. Zaufałam personelowi, byłam pod stalą obserwacją. Codziennie badania, ścisła dieta, KTG, wsparcie Marcina, całej rodziny. Miałam trzy wywoływania - bez skutku, za to trzy inne Panie urodziły. I wiecie, to było najgorsze. Nie to że rodziły, ale to co wrzeszczały! Trzy razy słyszałam wrzaski matek które w bólach krzyczały mniej więcej: "Nie chce Cię już, wychodź. Nie chce Cię!".
"26 stycznia 2016 roku, wtorek. Rozwarcie 3 cm - takie miałam od 4 stycznia, tak własnie.
- Jeśli do 13 nie urodzi Pani SN, idziemy na stół. Także niech Pani nic nie je *było przed śniadaniem* możne Pani tylko pic wodę.
- Ok. - I pamiętam jak wtedy pogładziłam brzuszek i powiedziałam: Weronika dzisiaj się zobaczymy!" - pisząc to teraz płaczę na samo wspomnienie.

Okazało się, że trzy duże dawki oksytocyny nie pobudziły Werci do wyjścia na świat, a nawet ją uśpiły. W trakcie ostatniego wywoływania jej ruchy ustały, a jej tętno było nierówne, co mocno zaniepokoiło położne. Pani ordynator od razu powiedziała: koniec, szykować na operację.

Cesarskie cięcie to operacja, poród operacyjny. Nie bałam się go, byłam w dobrych rękach. Weronika też. Byłam dobrej myśli. Te dobre myśli były tak świetne, że wszystkie kontrolki, które monitorowały moje życie zaświeciły jak choinka, tyle że na czerwono. Co będę pieprzyć, dobrze nie było. BAŁAM SIĘ. Jak każda matka, której ciąża okazuje się zagrożoną. I wiecie co było dla mnie najgorsze? Jak położne zakładały mi cewnik. Kobiety gmerające mi tam, coś poniżej pasa jak dla mnie. I to jest dla mnie najgorsze wspomnienie. Gdy położono mnie na stół operacyjny, anestezjolog musiał mnie znieczulić od pasa w dół. Nie wiem jaką igłą, nie pytajcie. Nie wiem czy była duża czy nie. Wbił mi się w kręgosłup, poczułam lekkie ukłucie. Po chwili był test kostki lodu: czy ją czuję. No nie czułam. Także już wiem jak czuje się osoba sparaliżowana - nic kurwa fajnego! Martwiłam się, że już mi tak zostanie! Czułam cięcie, ale przez to, że cała operacja odbijała mi się w światłach nade mną. Jestem wysoką osobą i musieli stół zniżyć. Widziałam jak wyciągnęli ze mnie moje dziecko. Była to równo 13. Moja wspaniała położna, pani Ewelina na chwilę przyniosła to moje dziecko. To moje coś wyglądające jak malutki kretoszczurek polepiony białą mazią matki. Pamiętam ten jej pierwszy skrzek porównywalny z dźwiękiem rozrusznika w maluchu. A później płakała, a ja ją uspokoiłam mówiąc: witaj na świecie moja Gąsieniczko. Panie aż się śmiały, a ja na chwilę zapomniałam, że już mnie zszywają...
Byłam wycieńczona, czułam się jak gówno i pewnie wyglądałam jak gówno. Marcin cały czas ze mną siedział w sali, gdy już do niej trafiłam. Po dwóch godzinach przypomniałam sobie, że mam dziecko i kazałam mu iść po nasz cud. Przyjechał z naszą księżniczką w przezroczystym wózku. A ona leżała owinięta w kokon, dalej biała na buzi, na ciele pewnie też - nie chciałam, żeby ją kąpali, zaznaczyłam że ja to zrobię jak będę na siłach. Mimo, że czułam się jak opona, Marcin położył Weronikę obok mnie. I cudowniejszego kretoszczurka nigdy nie widziałam <3 Po 20 chciałam ją karmić, chciałam - ale to już temat do kolejnego postu z tej serii ;)
Wstałam na drugi dzień. Gdy podchodziłam do wstawania, zagryzałam wargi. Ale byłam nadludzko silna, nic nie bolało - orzeł wylądował, mogę chodzić, w końcu się umyć. Ulga, mogę zając się dzieckiem! Do domu wyszłam po trzech dniach od cesarki ;)

Co na to społeczeństwo!?

Szczerze, bez ogródek. Wkurwia mnie to, że ludzie postrzegają matki rodzące dzięki cesarskiemu cięciu za matki, które poszły na łatwiznę. Spychają nas na jakiś margines. Opinie "speców" od rodzenia są jeszcze bardziej wkurwiające, a jeszcze mocniejszego wkurwienia dostaję, gdy czytam co mówią matki Polki rodzące SN. Leżąc w szpitalu i patrząc na matki, które urodziły SN i miały to szczęście, że nie wyglądały jak gówno, mogły chodzić, mogły się same wykąpać po porodzie i zajmować się dzieckiem, zazdrościłam. Zazdrościłam, że tak łatwo im poszło. Ale były też matki, które rodząc naturalnie ryczały z bólu po porodzie, nie mogły chodzić. Ja matka 'cesarska' przez dobę leżałam z cewnikiem, pielęgniarka musiała mnie myć, patrzeć jak kurwa robię pod siebie, nie mogłam nic jeść, tylko pić wodę, nie czułam nóg, brzucha. Tylko leżałam, a dziecko leżało w innej sali, bo ze mną nie mogło, bo jak bym do niej wstawała? Czułam się z tym źle. A Wy niektóre matki powiecie, że poszłam na łatwiznę, bo dałam się pociąć! Że leżałam i pachniałam. Nie było mi łatwo, poświęciłam się tak jak wy. Urodziłam dziecko. A przez to jak się nas postrzega, do końca życia będę miała przyszytą łatkę, że nie wiem co to poród, nie wiem co to ból. I jaką to złą matką jestem.

Ostatnio u Agnieszki przeczytałam pewien post. Powiedziałam o tym mamie i Marcinowi. Stwierdziliśmy, że jak będziemy mieć taką sytuację, to sprawa w sądzie gwarantowana. Zachęcam, przeczytajcie o co poszło. Czy Wam niektórym matkom nie będzie wstyd? Tak nas właśnie postrzegacie? Jako matki, które skrzywdziły dziecko wydając je na świat brzuchem, a nie kanałem rodnym, bo nie przecisnęło swojej główki przez ten zasrany ciasny kanał. Jestem taką samą matką jak Ty, a nawet ponad, bo szanuję wybory względem porodu innych matek. Nie szufladkuję, nie każda matka rodząca SN wpycha się w ten temat ze szpilkami od Louboutina, ale niestety są mamy, które będą się żywić tym tematem i rzygać swoimi tezami, które będą nas obrażać i wmawiać nam, że jesteśmy najzłe! I gdzie jest szacunek? Poszanowanie do wolności wyboru? Nagle nie ma! 
Dlatego przyszła mamo! Miej w dupie społeczeństwo, to co mówią na ten temat. To Ty wiesz najlepiej co będzie dobre dla Ciebie i Twojego dziecka. Każda z nas ma jakąś granicę bólu, której nie chce się przekroczyć. Są różne rozwiązania. Ale jak tylko będziesz wiedziała, że nie dasz rady rodzić SN albo, że coś jest z Twoim dzieckiem, to nie bierz tych złych opinii do siebie i nie zgrywaj z siebie bohaterki i jak tylko zechcesz idź na cięcie. Chyba chcesz żeby poród nie był traumą dla Ciebie. I tak będziesz super mamą, bo tak jak napisałam na wstępie. Poród nie zrobi z Ciebie super mamy, tylko to w jaki sposób wychowasz swoje dziecko!

Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Byłaś zadowolona ze swojego szpitala, w którym rodziłaś? Jaki był Twój poród?
Pozdrawiam, Kinga.

11 komentarzy:

  1. Też miałam cesarkę, bo synkowi było w brzuszku tak dobrze, że się na wyjście wypiął -od 32 tc był ułożony pośladkowo i fikołka powrotnego już nie zrobił. Miałam więc sporo czasu, żeby oswoić się z myślą o planowanym cc.
    Też u siebie pisałam, że cesarka nie jest gorszym porodem. Niedtety, czasami tak jest bezpieczniej dla dziecka i dla matki.
    Widzę, że nosisz swoją córeczkę. Super! Proponowałabym Ci jednak zapoznać się z różnicą między nosidłem ergonomicznym, w którym dziecku jest wygodnie i bezpiecznie, a wisiadłami i dlaczego nie powinno się nosić dzieci przodem do świata.
    Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że tak po nas ludzie się "wożą", a nie powinni skoro nie wiedzą jak to było. Jak dla mnie cesarka nie jest "pójściem na łatwiznę"...

      Ponoć nosidło, które posiadamy jest ergonomiczne ;) Przynajmniej tak jest napisane :) Ale rzadko kiedy je używamy, ponieważ dla mnie nie jest ono wygodne - strasznie bolą mnie plecy i nosimy ją może z 3 razy na miesiąc. I ona u mnie wygląda jakby wisiała, ale u tatuśka jej lepiej, bo to pod niego było nosidło ustawiane. W związku z noszeniem jej "przodem do świata". Widzisz ona inaczej nie chce, wyrywa się i sam lekarz powiedział, że jak się wyrywa to możemy, ale nie za długo. Ale...
      ...ale chyba był to niepotrzebny zakup :/ Początkowo chciałam tulę i dobrze, że jej nie kupowałam, bo to za drogi interes by był.

      Pozdrawiamy serdecznie i dziękujemy za odwiedziny! :)

      Usuń
    2. Wrzuć na plecy, ale brzuszkiem do swoich/tatusia pleców. Mój kręgosłup wtedy odetchnął i nosimy się z dużą frajdą nadal :-) może nie lubi bo jej niewygodnie, na plecach wbrew pozorom sporo widać :-)

      Usuń
    3. Tylko kurczę ja mam taki specjalny pas na okolice lędźwiowe i pewnie dziwnie wyglądałabym z nim na brzuchu. Ogólnie tył mamy zabudowany, żeby to niby komfortowo było dla rodzica :)

      Usuń
  2. Ja wiem już jedno - poród nigdy nie jest taki, jaki sobie zaplanujesz. O cesarce w ciąży nie czytałam nic, bo przecież miałam rodzić naturalnie... I miałam... cesarkę. Po 12 h porodu, 1 dawce oksytocyny, pełnym rozwarciu i skurczach partych okazało się, że pomimo parcia córka nie przemieszcza się w dół ani o milimetr... I tyle. Co miałam robić? I czy to czyni mnie gorszą matka? Jakoś tak nie czuje. WIesz, jeszcze potrafię zrozumieć krytykę kobiet, które świadomie chciały cc, bo bały się bólu, ale krytykę cc, które było koniecznością? Tez trochę pisałam o tym u sibie na blogu: http://mlodamamapisze.blogspot.co.ke/2016/07/4-mity-na-temat-cesarki.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko uważam, że nawet jak mama chce cesarkę na swoje "widzi mi się" to też nas jako społeczeństwo nie powinno to interesować. To jest wybór matki. Jeżeli poród miałby być dla niej później traumą, przez którą nie chciałaby kolejnego dziecka, albo wiązałoby to się później z depresją poporodową, to dlaczego sobie nie pójść na łatwiznę? ;) Każda z nas jest świadoma tego jaką ma granicę bólu. Zresztą teraz tak medycyna poszła do przodu, że nie widzę przeciwwskazań na rodzenie cc. Jakoś nie zauważyłam, żeby moja Weronika była do tyłu z rozwojem...

      Usuń
  3. A ja myslalam ze tylko ja zazdroszcze rodzacym naturalnie ze tak szybko dochodza do siebie. Ja dzieckp mialam od poczatku przy sobie , mimo znieczulenia. Fakt przez pierwszych kilka godzin byl maz ze mna. A pozniej sama musialam sobie radzic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to ciężko musiało być. Ja pamiętam, że jeszcze 7 godzin po cesarce nie mogłam swobodnie usiąść, bo się dziwnie czułam. Dla dobra córki poprosiłam o nią, by ją móc nakarmić. Przynajmniej tak mogłam z nią być przez 1,5 godziny, by na noc ją oddać.

      Usuń
  4. Urodziłam naturalnie, ale powiem szczerze, że przez dwa następne tygodnie nie mogłam siedzieć na tyłku ;) Niestety moja ciążowa zmora osiągnęła apogeum w czasie porodu i wywaliło mi hemoroidy tak wielkie, że zaraz po porodzie miałam trzeci półdupek ;) Nie mogłam siedzieć, nie mogłam leżeć.. nie pomagało nic! Był moment, że pozazdrościłam tym dziewczynom, które po cesarce nie miały takich "przyjemności" jak ja. Z drugiej strony ja też ledwo chodziłam, tak jak one. Uważam, że to nie jest ważne jaką drogą dziecko przychodzi na świat. Ważne, że przychodzi :) a każda strona jest w jakiś tam sposób dla matki bolesna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem, że pierwszy raz spotykam się z takim komentarzem. Dziękuję za niego, bo wiele razy naczytałam się jakie to my, cesarskie matki, złe jesteśmy. Tak jak napisałam w poście, nie sposób rodzenia zrobi ze mnie super matkę, ale wychowanie dziecka ;)

      Usuń
    2. Proszę :) Moja siostra rodziła przez CC i wcale nie uważam, że to coś złego. Widziałam następnego dnia po porodzie co ten "łatwy poród" z nią zrobił... Dodam jeszcze, że to CC miała po 12 h porodu naturalnego, który nie doszedłby nigdy do skutku, ponieważ syn mojej siostry utknął na jej kości i prędzej by się udusił, niż wyszedł przez kanał rodny.

      Usuń

Hej!
Każdy bloger lubi wiedzieć czy to co tworzy jest fajne, więc jeśli Ci się podoba dany tekst lub chcesz podyskutować, to rób to pod notką, bądź na fanpejdżu pod postem informującym o blogowych nowościach.
Będzie nam bardzo miło, Wercia aż uściska Cię wirtualnie :)
Pozdrawiamy i cieszę się, że jesteś! ;)

Copyright © 2016 Celuj w 19 , Blogger